Głowa do góry

Zazwyczaj patrzymy w ziemię. A raczej w beton pod stopami, albo w asfalt wijący się pod kołami naszego roweru czy samochodu. Działamy tak, jakby powyżej linii naszego wzroku naprawdę nie działo się nic ciekawego (no, może poza reklamą wielkopowierzchniową).

Czy naprawdę tak myślimy?

A kiedy już faktycznie unosimy głowę, jest trochę jak w piosence Jacka Kaczmarskiego: „podnosimy głowę o krok od wyroku”.

Czy nie przypomina to sytuacji z początku naszego życia, kiedy byliśmy jeszcze bardzo, bardzo mali? Wówczas to nasi rodzice położyli nas po raz pierwszy na wznak i podczas spaceru oglądaliśmy bezkresną panoramę Nieba. Potem już całkiem sami, bez nijakiego przymusu, nakazaliśmy naszym oczom patrzeć – o nie nie, nie na Ziemię! Na ziemię. A kiedy już nic nie będzie od nas zależało (no chyba, że pozostawimy wyraźny zapis w testamencie), to znowu położą nasze ciało w trumnie, z niewidzącymi oczami wpatrzonymi w bezmiar kosmosu – czyli wertykalnie do góry.

Nie można obudzić w sobie spontanicznej pasji życia bez Nieba.

Kiedy horyzontalne strumienie światła wlewają się do naszego wnętrza poprzez uniesione wzwyż źrenice, zaczynamy szanować samych siebie. Krok i oddech stają się spokojniejsze i nagle zaczynamy ufać naszym stopom, że wiedzą jak chodzić.
 Wiedzą, chociaż nigdy przytomnie nie uczyły się tej sztuki.

Jacek Leśniewski
ΓΝΩΘΙ ΣΕΑΥΤΟΝ
2016

Fotografia: Park Narodowy Gesaeuse, Austria (archiwum prywatne).