Nie jeden, nie dwoje

Kiedy na zjawisko życia patrzymy w sposób mechaniczny, łatwo nam przyjąć darwinowską manierę i postrzegać je jako proces, stopniową ewolucję od prymitywnych, do bardziej zaawansowanych form przejawu. Nie inaczej traktujemy potem wszystko, co kojarzy się nam z tak zwaną „miłością”.

Piszę: tak zwaną „miłością”, ponieważ słowem „miłość” opisujemy wiele wzajemnie wykluczających się zjawisk (i procesów), a w dodatku w ogóle nam to nie przeszkadza. Uczucie utożsamiamy z emocją, seks ze szczęśliwością, sytość serca z orgazmem, relację lub związek z sensem istnienia, moje oczekiwania wobec tego drugiego (albo tej drugiej) poczytujemy sobie za własną doskonałość, i tak w urojoną nieskończoność. Same nonsensy.

Wiemy, że to nonsensy. Bowiem każdy, kto choć raz w życiu przeżył zakochanie wie, że to nie był proces, ale punktowa zmiana osi doświadczania siebie. I nic nie było wtedy dla nas ani trudne, ani niewykonalne. Nie istniała wtedy bariera dla skrajnego altruizmu ani samopoświęcenia, a każdy następny nasz oddech był tożsamy z jedynym życiem naszej miłości.

Niestety, jeśli będziemy przyglądać się tym zjawiskom od strony procesów ewolucyjnych, niejako „z dołu do góry”, wówczas nie możemy tych spraw postrzegać inaczej, niż mechanicznie. A efekty? Bardziej rozwinięta kobieca wrażliwość stworzy w umyśle odległe ideały subtelnej obecności z ukochanym, ale po czasie dozna wielu zawodów poruszonego serca. Bardziej rozwinięty męski pragmatyzm uruchomi potrzebę fizycznej obecności ukochanej, ale po czasie pozbawi i siebie i ją swobody: najpierw umysłu, a potem we wszystkich innych obszarach życia.

W tej schematycznej strukturze postrzegania jesteśmy pewną proporcjonalną mieszaniną cech męskich i kobiecych, bez względu na rzeczywistą płeć. Pisał o tym Otto Weininger, a po nim Anne Moir z Davidem Jesselem.

Możemy też spojrzeć na miłość niejako z góry. Jak na inflacyjny proces popadania w jej kolejne, coraz gorsze imitacje. Popadania z permanentnego stanu szczęśliwości w nas, w praktyce jogi zwanym ananda.

Fizjologiczny stan zakochania będzie wówczas tylko przypomnieniem, że stan ten jest możliwy i że w ogóle możliwe są rzeczy dla rozsądku niewyobrażalne. Będąc tu, na „dole”, będziemy poszukiwać energii tego stanu. I poszukujemy go: technicznie, przez mechaniczne praktyki, chcąc, żeby było przyjemnie – jak niegdyś. W porównaniu z tamtym, niestety, jest beznadziejnie, i zazwyczaj kończy się dramatycznie.

Uważność percepcji stanu zakochania służy bowiem za wskazówkę, jak to miłość „zstępuje z góry”. I nie jest to żadna odległa ani nieracjonalna filozofia, lecz uważne obserwowanie tego, co jest.

W tym procesie możemy być z kimś albo możemy żyć sami, i nie ma to najmniejszego znaczenia. Możemy zachowywać celibat albo nie, i to też nie ma najmniejszego znaczenia. Ważne jest, abyśmy niczego nie starali się odtworzyć ani powielić, ponieważ stan ananda nigdy nie jest powtórzeniem czegokolwiek, co znane.

Dlatego teraz, tak w ramach ćwiczenia, spróbujemy opisać stan miłości „od góry”. Jest bezwarunkowy, dosłownie. Jest bezczasowy, dosłownie. Jest bezkresny, to znaczy nie wiem gdzie kończę się ja, a zaczynasz ty. Najpierw jesteś ananda, a potem wszystko. Nie ma znaczenia, czy posiadasz obiekt miłowania czy nie, ponieważ ananda nie jest w ogóle związana z obiektem.

Miłość jest twoja i z pewnością znajdzie ujście, ale nie musi wyglądać to tak, jak usiłują nam wmówić montażyści medialnych koncernów. Owo niepowtarzalne ujście (albo ujścia) są tylko twoje i spowodują sytość serca, a równocześnie wiele zwyczajnych, życiowych problemów, w pełnym niezrozumieniu obu stron co do prozy egzystencji.

No i cóż z tego; możecie się różnić, lecz jeśli oboje zachowaliście pozarutynowy sposób podejścia do siebie, to jest całkiem nieźle. To znak, że wasza uważność ustawiona jest właściwie, tzn. „patrzy z góry”. Tak jest zrealizowana asana umysłu, nazywana w praktyce jogi: ananda. Świetlnie!

Jacek Leśniewski
ΓΝΩΘΙ ΣΕΑΥΤΟΝ
2019

 

Fotografia: Roberto Trombetta, Licencja CC, dostęp 09012019 g. 12:00.