„Dopiero tu jest początek drogi duchowej”

„Pod wpływem pewnego aktu kontemplacyjnego wszedłem w taki stan, że znikły mi wrażenia zmysłowe; i to jest tak zwana pratyahara, klasyczna pratyahara z jogi, to znaczy wycofanie z wrażeń zmysłowych.

[Ja] takie stany oczywiście znałem od dzieciństwa, ale tym razem był to taki stan, że [percepcji zmysłowej nie było, ale] mogłem dokonywać refleksji. I chciało mi się dokonywać refleksji umysłowej nad tym doświadczeniem, jakimiś błyskami się ona dokonywała:
„Co się stało?”
„Acha!”
„Nie widzę barwokształtów.”
Ba! „Nie mogę sobie nawet ich wyobrazić.”
„Nie mogę sobie wyobrazić pokoju, w którym jestem.”
„Nie czuję ciała.”
„Nie ma nic…”.

W pierwszej chwili przyszła mi taka myśl, że skoro znikło mi to stare doświadczenie, to powinno pojawić się coś nowego. Może jakaś postać niebiańska powinna się zjawić? Może jakaś światłość, czy coś w tym rodzaju? Czyli, na zasadzie dawnego nawyku, mój intelekt spodziewał się znów konkretu umysłowego, domagał się kolejnego zmysłowego przedmiotu. A tu nie ma nic. Nicość, jak gdyby.

Później wystarczył akt woli i wyszedłem z tego stanu [bez percepcji zmysłowej, a z czynnym intelektem], [a następnie] szereg razy tą samą metodą [do niego] wracałem, aż wreszcie dokonałem takiej oto refleksji: „Acha, nie widzę barwokształtów, nie czuję ciała, to co mi jeszcze zostało z tego konkretnego doświadczenia?”.

Kiedy wówczas pokierowałem moją uwagą, to zauważyłem pranę, bioprąd, w zwolnionym rytmie pulsujący. Ten bioprąd znałem ze zwykłego doświadczenia, kiedy byłem włączony w ciało, i doświadczenie ciała było wówczas jak gdyby na zewnętrznym końcu tego bioprądu jako doświadczenie wrażeń ustrojowych, czuciowych, cielesności. [A tym razem] tego kompleksu wrażeń [nie było], ten agregat wrażeń czuciowych urywał mi się, nie było doświadczenia ciała.

Wtedy zwróciłem swoją uwagę na wewnętrzny, jak gdyby drugi koniec tego bioprądu. Jak gdyby on, ten bieg, ta fala właśnie, miała swój i zewnętrzny, i wewnętrzny koniec.

Kiedy skupiłem się na tym wewnętrznym końcu, to wtedy… otworzyła mi się jakaś droga, [jakieś inne] możliwości. I z tego stanu, który już wydawał mi się prawie że nicością, dopóki jeszcze tego bioprądu nie odkryłem, przeszedłem jak gdyby w jeszcze większy stan nicości, tak, że tamten poprzedni wydał mi się jakiś gruby jeszcze, konkretny, w porównaniu z tym kolejnym. I w ten sposób szereg stopni przebyłem, wkraczając jak gdyby w coraz większą nicość.

Potem, kiedy z powrotem byłem już włączony w ciało, to coś z tego stanu pozostało i zauważyłem, że ten stan ma drogę jak gdyby przez tak zwane serce. Jak to Indiach nazywają, przez lotos serca. Maharishi Ramana mówi o tym tak właśnie, że [nie chodzi o serce jako narząd układu krwionośnego, zlokalizowane po lewej stronie, ale o miejsce leżące] od środka ku stronie prawej.

Wtedy takie olśnienie przyszło na mnie, że ja dopiero znalazłem drogę do życia duchowego, że dopiero tu jest początek drogi duchowej; powyżej tych wrażeń dopiero jest droga. [Zgadzałoby się to z tym], co buddyści mówią o stanach nicości, że faktycznie przechodzi się przez kolejne stany, które w porównaniu z konkretem, którego doświadczamy, wydają nam się początkowo nicością, dopóki się do niej nie przyzwyczaimy. A gdy się przyzwyczaimy do tego, co nam się początkowo wydawało nicością, to nam się to staje konkretne, wyraziste, bliskie, swojskie, to zaczynamy uważać nasze ja, za nasz ośrodek jaźniowy wtedy, a wszystko inne staje się mniej konkretne, iluzoryczne, bardziej płynne.”

Fragment wykładu dr Leona Cyborana, odtworzony z nagrania magnetofonowego, w redakcji Agnieszki Becler.
FOTOGRAFIA: LEON ZAWADZKI, 1967.