Rozmowa (kiedy miłość wybucha…)

Kiedy miłość wybucha, nie potrzeba słów.
Potem nie ma takich, jakie byłyby adekwatne.
Następnie rozmowa staje się upragnioną słodyczą duszy.
A w końcu… całkowicie się desakralizuje.

Owszem, rozmawiamy, ale po jakimś czasie, kiedy we dwoje, wspólnie i w porozumieniu pokonujemy przyziemność codzienności, rozmowa staje się rzadkim ptakiem tylko niekiedy goszczącym w naszym wnętrzu. Kiedy absolutny prymat w relacji uzyskuje wydawanie dźwięków technicznych, jest to stan nie do zniesienia; zarówno dla nas, jak i wobec nas. Dzięki technologicznemu użyciu języka organizujemy sobie dostatnie życie pełne splendoru i społecznego sukcesu, a jednak co jakiś czas spazm duszy dosłownie wstrząsa całym naszym ciałem.

Wydawanie dźwięków technicznych nie jest rozmową, nigdy nią nie było i nigdy nie będzie. Nie można tego typu aktywności naszego umysłu zaliczyć do prób nawiązywania kontaktu ani z innymi, ani ze sobą; nie jest to bowiem stan poszukiwania współobecności, współodczuwania, czy też współpostrzegania.

Wydawanie dźwięków technicznych jest tylko wymianą informacji i jest ono biegunowo odległe od czegoś, co jest synonimem bezpośredniego połączenia, czy też natychmiastowego kontaktu albo intuicyjnego zrozumienia. Opisywany stan raczej polaryzuje związki i relacje, napędza wzajemny konflikt, kiedy wszelkie małoistotne różnice urastają do rangi kluczowych problemów naszego umysłu.

Oczywiście nie możemy zorganizować sobie życia nie dopuszczając do głosu mentalnej technologii komunikacji. I to nawet wtedy, kiedy wybierzemy pustelnicze życie w masywie góry Athos. Bo nawet tam będziemy intelektualnie monologować we własnym umyśle, starannie unikając usłyszenia Siebie.

Rozmowa jest możliwa, kiedy usłyszymy Siebie. A kiedy już usłyszymy, wtedy ilość niepotrzebnego frazowania dramatycznie spada, z korzyścią dla wszystkich uczestników rozmowy. Nie ma już wówczas mowy o żadnym nadętym patosie ani o żadnej randze, sztucznie nadawanej naszym wypowiedziom. Sposób rozmowy nieuchronnie dryfuje w stronę pogodnej lekkości.

Właśnie tak zrealizujemy jogiczną praktykę śruti, umożliwiającą zrozumienie kogokolwiek albo czegokolwiek.

Śruti jest czymś więcej, aniżeli pojmowaniem słów. Jest sposobem wypowiedzi, jej kontekstem oraz gestami ciała. Czasem śruti oznacza pełne i długotrwałe milczenie dwojga; czasem – ożywiony zachwyt; niekiedy – spokojny, niemal leniwy ciąg spostrzeżeń, bowiem sensowna rozmowa nie posiada żadnych sztywnych form przejawu. Lecz jest ona bezwzględnie konieczna, aby techniczna formuła języka nie zmasakrowała (dowolnej) relacji, najpierw wobec innych, a potem – nas samych.

I na pewno potrafimy przypomnieć sobie sytuację z własnego życia, kiedy w lakoniczny sposób, nieomal przy okazji usłyszeliśmy coś, co ożywczo i pięknie wstrząsnęło całym naszym istnieniem.

Mógł dosłownie porazić nas dreszcz radości, kiedy śruti odsłoniła nam swoje istnienie, a my przez moment pozostawaliśmy w pełnym rzeczywistym kontakcie z osobą, sytuacją albo stanem.

To właśnie takie momenty nadają sens wszelkim innym rozmowom.
Nie na odwrót.

Jacek Leśniewski
ΓΝΩΘΙ ΣΕΑΥΤΟΝ
2019

Fotografia: archiwum prywatne.