Samadhi i oddech

To, co postrzegamy jako nasz oddech, jest jedną z przemian (parinama) przejawionego (vyakta) stanu istnienia. Również to, czego w związku z oddechem, a nawet w jego wyniku doświadczamy, to także są przemiany (parinama) przejawionego (vyakta) stanu istnienia. Owe kolejne przemiany (parinama) doprowadziły nas do stanu, w którym biologia ciała trwa, o ile oddech pozostaje aktywnym.

Uważna obserwacja oraz praktyka Jogi (sadhana) sprawiły, że zauważono, iż rytm oddechu oraz sposób jego wykonywania jest w jakiś sposób powiązany z ludzką witalnością (jivana). I nawet jeśli precyzyjnie nie dookreślimy, czym owa witalność jest, to wszyscy dobrze znamy jej działanie. Zdrowe dzieci dosłownie emanują swoją dynamiczną żywiołowością, natomiast oczy starca są przy nich już tylko wygasłym wspomnieniem dawnego życia.

Tym, co podlega przemianom (parinama) nie jest sama witalność (jivana), ale jej moc. Liczne kultury nadały tej mocy nazwy, i tak Indowie nazwali ją praną (prana), Polinezyjczycy określili słowem mana, Chińczycy opisali jako chi, zaś inne kultury jeszcze inaczej.

Sam fizyczny oddech człowieka nie jest praną. Nie jest nią także medium oddechu, czyli powietrze. Natomiast oddech, wraz ze swym medium, jest z witalnością powiązany. Powiązanie to nie może być jednak ani inherentne, ani nawet ścisłe. Dlaczego? Bo można osiągnąć stan ich trwałego rozdzielenia, zachowując przy tym biologiczne funkcje ciała, przynajmniej w swojej potencji. Jednak dla człowieka w zwyczajnej kondycji psychofizycznej, nie ćwiczącego jogi, stan jakiegokolwiek rozdzielenia prany od oddechu jest całkowicie egzotyczny i może mu się on przytrafić jedynie spontanicznie, najczęściej na skutek jakichś gwałtownych wydarzeń, zarówno przyjemnych jak i przykrych.

Z powyższych powodów praktyka uważnego oddechu, lecz broń Boże nie jego kontroli, jest podstawą energetyki biologicznego życia. Stanowi także podstawę wielu ćwiczeń jogi na jej kolejnych stopniach, od jam (yama) i nijam (niyama), poprzez asany (asana), do pranajamy (pranayama) włącznie.

Stan wyjściowy człowieka określany jako zdolność do doznawania/ przeżywania (bhoga) możliwy jest wtedy, kiedy przez zmysły przepływa energia o szerokim spektrum (prana oraz jej przekształcenia, np. chemiczna zdolność tlenu do utleniania), wywołując wrażenia wychwytywane i przetwarzane przez umysł (manas). Na owe wrażenia składają się zarówno myśli, jak i emocje, generując cały skomplikowany konglomerat wzajemnych współzależności.

W opisywanym stanie wyjściowym nasza aktywność fizyczna i umysłowa jest ściśle powiązana z oddechem oraz jakością powietrza. Ważna jest głębokość oddechu, jego częstotliwość i regularność, a te w stanie zorientowanym na doznanie (bhoga) dążą do jak najdalej posuniętej asymetrii. To oznacza, że u pochłoniętych przeżywaniem wrażeń psychicznych i fizycznych oddech jest nieregularny, różnogłęboki, o zmiennej i zazwyczaj nazbyt intensywnej częstotliwości.

Związek funkcjonującego oddechu z wysiłkiem fizycznym jest oczywisty i dlatego nie będziemy w tym miejscu rozwijać tego wątku. W przypadku relacji łączącej oddech z aktywnością albo biernością umysłu już tak nie jest. Ich związek nie jest tak oczywisty i często nie zachodzi wprost. I temu właśnie powinniśmy się teraz przyjrzeć z wielką starannością.

Oddech jest konieczny, aby wywołać zjawiska pojawiające się w postaci myśli lub emocji. Jedne i drugie wymagają potężnych ilości energii i zużywają wiele tlenu. Wiedzą o tym doskonale ludzie praktykujący swobodne nurkowanie, i właśnie dlatego starają się oni ograniczać, jak to tylko możliwe, wszelkie umysłowe fenomeny, utrzymując umysł w stanie nieomal zawieszenia.

Prana, wraz z jej przemianą postrzeganą jako fizyczny oddech jest konieczna, aby generować zjawiska, które, najzwyczajniej, są ujściem dla nagromadzonej i stale przyrastającej energii. Oddech nie tworzący zjawisk jest po prostu bez sensu. Prana generuje zjawiska subtelne, i nie są to wcale emocje. Prana, po przemianie w oddech, tworzy zjawiska grube: takie właśnie jak myśli, emocje oraz ich fizyczne skutki.

Jeśli oddech nie tworzy zjawisk, to znaczy jeśli utrzymujemy proces oddychania na jakimś niezmienionym poziomie, a jednocześnie próbujemy usuwać z umysłu myśli oraz emocje, to pojawia się wówczas wiele swobodnej energii, nie mającej zdefiniowanego przez nas kierunku. W takich sytuacjach zasila ona te struktury naszej psychiki (i fizyki), z którymi radzimy sobie najgorzej, z którymi mamy jakiś problem – bo tam właśnie kontrola jej przepływu jest albo ograniczona, albo w ogóle nie istnieje. Jest to obszar instynktów, odruchów, tików, psychoz i wielu innych, podobnie ekstatycznych absurdów.

Jeśli praktykujemy Jogę dla jej zasadniczego celu, a nie dla jej produktów ubocznych, wówczas powściągnięcie zjawisk świadomościowych jest kwestią kluczową, zgodnie z zaleceniem mistrza Patańdżalego (Jogasutra I.2). Oddech zaś nie sprzyja i nigdy nie sprzyjał koncentracji, nie wspominając już o kontemplacji i medytacji. Owszem, jest on pojazdem wprowadzającym w stopień stanu, ale niczym więcej. Przecież nie chcemy, aby w radosnym kontemplacyjnym skupieniu nagle, choć całkiem spodziewanie, zaatakowała nas jakaś ciekawa psychoza albo inny, nie mniej oryginalny, stupor.

Jest wiele przyczyn, dla których myśl może się zawiesić przy płynącym oddechu, ale te chwile nie są (samadhi), czyli medytacją.

Stan otępienia umysłu, osiągany w wyniku ustania przepływu strumienia myśli oraz emocji może się pojawić, kiedy nasze ciało jest bardzo zmęczone, chore, przejedzone, stłumione działaniem substancji chemicznych albo udręczone w jakiś inny sposób. Jest to stan charakterystyczny dla otępienia w gunie (guna) tamas (tamas).

Podobne otępienie można osiągnąć czyniąc wysiłek fizyczny wymagający skrajnej koncentracji sił fizycznych i psychicznych, takich jak na przykład maraton lub ultramaraton. Aktywność ciała pobudzana ambicją albo adrenaliną, względnie jednym i drugim, tłumi myśl, ale nie skutkuje samadhi (samadhi), choć może skończyć się entazą#. I to jest miejsce oraz stan umysłu, do którego docierają niekiedy adepci jogi, praktykujący tak zwaną „medytację dynamiczną”. W najlepszym przypadku wzmiankowana entaza ma energię (prana) związaną wewnątrz psychicznych narządów poznania (jnanedriya). Są one wówczas jak napięta sprężyna, gotowe erupcyjnie przejść do działania po ustaniu przyczyny ich powstrzymywania. W najgorszym przypadku produkują fenomeny nieistniejących rzeczy. Jest to stan właściwy dla otępienia w gunie (guna) radżas (rajas).

Kiedy w umyśle zaczyna dominować guna przejrzystości (sattva), wówczas nasza koncentracja na obiekcie zewnętrznym (realnym albo wyobrażonym) przenosi nas w otępienie umysłu w gunie przejrzystości (sattva), dla odróżnienia od dwóch pozostałych zwanego błogostanem. Cechą tego miejsca praktyki jest przytomna i symetryczna statyka ciała przy całkowicie przytomnym i rozbudzonym umyśle.
Jest to miejsce, które osiąga znaczna część adeptów jogi, poetów, artystów, ekologów oraz innych natchnionych, kiedy to przy funkcjonującym oddechu myśl u nich nie płynie. Jednakowoż subtelność aktywności umysłu, której wówczas doznają, jest tak wielka, że mylą oni ten stan ze skupieniem samadhi (samadhi), który jako jedyny mógłby odpowiadać temu, co zwiemy medytacją.

W przypadku praktyk ascetyczno-mistycznych (abhyasa), a do nich właśnie zaliczamy hatha jogę, moc generowana jest synchronicznością wykonywanych asan (asana). To właśnie ta moc pozwala zawiesić się myśli, pozostawiając jednak swój ślad w subtelnym doświadczeniu błogostanu. To jest pułapka, ponieważ medytacja (samadhi) powstrzymuje/ powściąga/ wygasza akcję przemiany prany (prana) w zjawisko oddechu. I dlatego z punktu widzenia praktyki Jogi (sadhana) właśnie do stanu otępienia zalicza się zjawisko utrwalonej przyjemności płynącej z praktykowania hatha jogi lub innych praktyk ascetyczno-mistycznych.
Zgadzam się, owo otępienie jest piękne, smaczne, niezwykłe i niemal zachwycające, ale to wciąż tylko otępienie. Nic na to nie poradzę, że cała masa nauczycieli hatha jogi tego nie rozumie, wmawiając swoim adeptom, że oto właśnie weszli w stan medytacji. Niestety, to tylko horrendalny nonsens.
Co do poetów, artystów i ekologów, to można i trzeba im wybaczyć, bowiem oni nie mają w swoich planach realizacji celu podstawowego Jogi.

Czy to już wszystko? Nic dalej? A jak wydostać się z pułapki otępienia umysłu w gunie przejrzystości (sattva)? Co zrobić, kiedy dotarliśmy do błogostanu z powodu praktyki hatha jogi, względnie za sprawą wielopostaciowej potęgi stwórczości, zwanej sztuką, albo w wyniku popadnięcia (samapatti) w stan unisono ze zjawiskową mocą przyrody?

No cóż, aż do tego miejsca nasze spostrzeganie było nastawione na badanie zewnętrza, tego czegoś, co jakby było czymś innym, aniżeli my sami. A najsubtelniejszy motyw oddzielenia mojego Ja od wszystkiego innego potrafi długotrwale i bez końca zatrzymać praktykę (sadhana) w tym punkcie.

Gdybyż jednak w takim momencie obrócić skupienie naszego rozpoznania na poznającego, na podmiot doświadczający, czyli na samego siebie? Wtedy przenikliwość (sattva) zacznie dekodować w sposób lawinowy wszelkie cechy i właściwości spowijające, jak łupiny, nasienie naszego Ja. I to jest punkt zwrotny w całej praktyce Jogi, jednakowoż w tej samej mierze dotyczy on ludzi o wyjątkowym zmyśle uważnej obserwacji.

Kiedy więc po raz pierwszy wykonamy taki rodzaj skupienia, nasz oddech zwolni; całkiem naturalnie i bez wysiłku. Nikt nie lubi być obserwowanym, lecz kiedy to my sami patrzymy na zawiłości naszej emocjonalnej struktury, to ten jakby autonomiczny twór, zestawiony z naszego ciała, myśli i emocji, czuje się jakby na cenzurowanym i niemal natychmiast, choć na krótko, wstrzymuje oddech. I jest to rodzaj małej pranajamy (pranayama).

Po przekroczeniu wzmiankowanego punktu zwrotnego, w praktyce (sadhana) nastaje moment, kiedy nie ma potrzeby eksploatowania oddechu, zwłaszcza w sytuacjach niekoniecznych lub zbędnych. Do takich zaliczymy powtarzające się, gwałtowne wybuchy tych samych emocji, zasilanie swoją uwagą obsesyjnie nawracających myśli, uporczywe powtarzanie jakichkolwiek schematów (reakcji, zachowań), i tak w nieskończoność.

Ciekawostka polega na tym, że właśnie od tej chwili możemy ograniczyć ilościową aktywność doświadczeń na rzecz jakościowej głębi percepcji, a ta ostatnia tylko w niewielkim stopniu wymaga zamiany energii subtelnej określonej jako prana (prana) w energię przekształconą oddechem. Ot, tylko tyle, ażeby biologia naszego ciała kontynuowała bezbolesny tryb własnego funkcjonowania.

Pełna pranajama (pranayama) jest jednak czymś więcej, gdyż tam ani „gram” prany (prana) nie transformuje w energię oddechu. A wtedy on zwyczajnie, choć niepostrzeżenie, ustaje. Jeśli się to stanie, to stanie się to bez wysiłku i w żaden sposób nie możemy mu pomóc mięśniami obsługującymi przeponę.

Pełna pranajama (pranayama) jest stanem umysłu (buddhi) w relacji do prany (prana), w ich współdziałaniu. Niepełna pranajama (pranayama) jest stanem umysłu (manas) w relacji do prany (prana) częściowo przekształconej oddechem, według matematycznej proporcji, w ich wzajemnym współdziałaniu. Cała reszta to tylko ćwiczenia, gdzie oddech, płuca oraz metrum dyscyplinują niesforne akcje intelektu.

# Entaza – uwewnętrzniony stan skupionego umysłu, podczas którego energia (prana) jest ześrodkowana na samym „poczuciu ja” (aham) praktykującego. Owo skupienie może być wywołane zarówno bólem (fizycznym, psychicznym albo duchowym), jak i pozytywnym doznaniem, np. piękna. Jednak „poczucie ja” nie jest Ja, gdyż w „poczuciu ja” widzimy siebie poprzez jego (czyli Ja) cechy.

Jacek Leśniewski
ΓΝΩΘΙ ΣΕΑΥΤΟΝ
Nieformalny Komentarz do Jogasutr przypisywanych Patańdżalemu
2019