Praktyka Jaźni na wprost

Jest to pierwotna wersja wywiadu, który ukazał się w numerze 1(28)/2020 kwartalnika Yoga & Ayrveda. Rozmawiamy o jodze, Jogasutrach, manasie, buddhi, Borysie Spasskim, Diane Fossey, Srinivasie Ramanujanie, Ojcu Pio, zen, kartuzach, kontemplacji, jamach i nijamach.

Czy jest coś takiego jak ćwiczenie jogi i jej praktykowanie?

Różnica mogłaby być taka, że ćwicząc jogę pozostajemy skupieni na zdrowotnych i sportowych skutkach wykonywanych asan, a reszta jest mniej lub bardziej w tle. Natomiast praktykując (abhyasa) jogę przenosimy uwagę na sam cel jogi, jakim jest urzeczywistniona absolutna wolność. Asana staje się wówczas jedynie środkiem do tego celu.

Czy jest taki moment, który możemy uznać za początek praktyki?

To tak, jakbyś mnie zapytała, kiedy zaczyna się miłość. Zazwyczaj orientujemy się się, że jesteśmy zakochani, kiedy już kochamy, ale raczej nie udaje nam się postrzec tego pierwszego momentu. A w przypadku jogi można by go przecież cofać, i to w nieskończoność.

Ale może nam się przytrafić coś takiego, jak wyraźny impuls, żeby zacząć praktykować?

Tak. Ten pierwszy impuls nie musi mieć wcale duchowej postaci, ale zawsze jest prawdziwy. Impulsem do rozpoczęcia praktyki może być na przykład kłopot z ruchomością stawów, jakiś powód estetyczny, ekologiczny, towarzyski albo spowodowany modą na inwestowanie w siebie, obecną popularnością jogi, nadwagą czy koniecznością zmiany diety.

Jeśli zmiana diety jest spowodowana powodami cielesnymi, to nie jest praktyką Jaźni na wprost. Ale jeżeli powodem są postanowienia etyczne, to już jest. Na przykład czytasz sobie „Ochraniać wszelkie życie” Filipa Kapleau. To niewielka, skromna książeczka, można ją przeczytać w jeden dzień, po czym wieczorem powiedzieć mamie, że się nie je mięsa. Możliwe, że po tej deklaracji nastąpi seria wstrząsów albo otworzą się czeluści, ale jeśli pozostaniemy przy swoim postanowieniu, to to już będzie praktyka.

Czym jest praktyka Jaźni na wprost?

Głębokim postanowieniem, że cokolwiek będzie się dziać, to Ja – Moje Ja, każdy przejaw Mojego Ja – obchodzi mnie, bo to jest moja sprawa. Jest to kwestia złożenia przed sobą pewnego zobowiązania i pełnej unifikacji naszego tak zwanego wewnętrznego, subiektywnego świata ze światem tak zwanym zewnętrznym.

Takie coś może się urodzić bez związku z jakimikolwiek przekazami duchowymi. Na przykład jak u Dian Fossey. Ona powiedziała, że będzie działać na rzecz ochrony goryli i nic a nic jej nie obchodzi, ile osób jest przeciwko niej albo ile rządów się z tym nie zgadza. Na pewno nie raz usłyszała: nie rób tego dalej, to jest niebezpieczne, może cię nawet za to zabiją. Ona o tym świetnie wiedziała i nie chodziło ani o głupotę, ani o brak reakcji na argumenty. Po prostu jeśli coś miało zagrozić światu, który ona stworzyła, to ona nie ustępowała. Ten świat był dla niej dobry, w tym świecie były zasady. Na przykład: goryle mają być wolne, nie mają być odławiane, mają prawo do przestrzeni, swobody i bycia na tym terenie. Godziła się z tym, że one chorują, że giną, ale nie z tym, że ktoś chce zniszczyć tę biocenozę za parę dolarów.

Za każdym razem, kiedy ktoś coś takiego formułuje, to praktykuje Jaźń na wprost. Ta praktyka nie ma wówczas nazwy jak joga lub zen, jest całkowicie endemiczna, osobnicza i swoista, i nie ma to żadnego znaczenia. W języku praktyki można by powiedzieć, że Fossey sama sformułowała dla siebie yamy i niyamy, określiła je i kultywowała, a jedną – nieustępliwie i bez wyjątku. To, co wybrała, w jej świecie było możliwie najszlachetniejszym porywem serca i była to praktyka Jaźni na wprost na jej własny sposób.

Zaczynam praktykować na wprost, kiedy Ja staje się dla Mnie ważne?

Tak. Ważne jest wówczas i to, co robię, i to, czego nie robię. I wcale nie musi być tak dramatycznie, jak w przypadku Fossey. Innym przykładem jest profesjonalny szachista Boris Spasski, i to, co zrobił w 1972 r. podczas meczu z Bobbym Fischerem w Rejkiaviku. To był pojedynek umysłów, radziecki człowiek versus amerykański człowiek, sprawa wagi państwowej, prawie racja stanu. Tym pojedynkiem interesowali się osobiście Nixon i Breżniew oraz wywiady obu państw. Spasski mógł wygrać ten mecz walkowerem i żądać uznania go za mistrza świata. Był do tego usilnie nakłaniany przez całą ekipę, własnego trenera i samego pierwszego sekretarza Breżniewa. Jak ogromny nacisk ten człowiek musiał znieść! A Spasski mówi, że tego nie zrobi. Że chce wygrać, ale nie w ten sposób, bo dla niego nie ma czegoś takiego, jak zwycięstwo za każdą cenę. Grał więc do końca, przegrał i stracił tytuł. I to jest także praktyka Jaźni na wprost – jego osobista decyzja, stosowanie się do osobistych zasad. I żeby nie wiem jaki ten człowiek był w życiu prywatnym, to ta cecha, taka nieustępliwość wyciągnie go ze wszystkiego. Pewnego dnia, w innych okolicznościach, w innym wcieleniu, poprowadzi go bardziej prostą drogą.

Na przykład drogą jogi?

Na przykład. Co więcej, jeżeli ktoś przytomnie ćwiczy albo praktykuje jogę w tym życiu, to znaczy, że już kiedyś się z nią spotkał. Na tej samej zasadzie jeśli ktoś jest genialnym talentem szachowym od urodzenia, albo jest wybitnie utalentowany w jakiejkolwiek dziedzinie, to mamy do czynienia z pragnieniem, które realizuje się w tym, ale pochodzi z innego życia. Jest oczywiste, że to nie jest z tego wcielenia, bo w tym życiu nie zachodzą warunki, które by uzasadniały takie zjawiska. Podobnie jeśli ktoś od urodzenia cierpi na jakieś trudności, przypadłości albo ma jakąś traumę, to to nie jest z tego życia. Także tacy ludzie, jeśli pozostają w dobrej wierze, też praktykują Jaźń na wprost.

Także poza jogą?

Oczywiście. Na przykład Ojciec Pio lubił spowiadać. „To jest jedyna rzecz, jaką umiem robić”, mawiał o sobie. I robił to, nawet przez kilkanaście godzin dziennie. No to jest wyczyn, i psychiczny i fizyczny! W biografii Ojca Pio jest taka historia, że któregoś dnia jedna z osób, które się nim opiekowały, podeszła do niego i zasugerowała, że może już na jeden dzień wystarczy. „Ojcze, ale za jakie grzechy tak siedzieć!” – powiedziała. A on na to: „Tylko za swoje!”. Ojciec Pio prawdopodobnie zdawał sobie sprawę, że to wielogodzinne spowiadanie jest jego praktyką, jakby on to sobie, ochotniczo, wybrał sam jako praktykę.

Jakim rodzajem praktyki jest joga opisana w Jogasutrach?

W przypadku Jogasutr jest to klasyczna joga indyjska. Ma ona tę cechę, że została skodyfikowana i uporządkowana. Jogasutry przedstawiają stany wewnętrzne oraz pewne punkty węzłowe, które wraz z praktyką pojawiają się w doświadczeniu. Tak, żeby praktyk mógł rozpoznać, z czym się spotyka. W tym sensie Jogasutry są rodzajem „Przewodnika po Tamizie”, tyle, że tym razem „Trzech panów w łódce” płynie bez psa. Jogasutry zawierają opisy przesileń i zakrętów oraz ostrzeżenia i sugestie co do kursu, który należy obrać.

W Polsce, dzięki tłumaczeniu dr Leona Cyborana, mamy do dyspozycji i Jogasutry, i komentarz do Jogasutr, Jogabhaszję. W sumie im więcej sensownych komentarzy, tym lepiej, wówczas droga staje się czytelniejsza. W ten sam sposób działają pouczenia od prowadzącego, przewodnika, mistrza. Zen ma podobne praktyki, ale, zdaje się, nie ma podobnej kodyfikacji, teksty zen mają nieco inny charakter. Ale jest mistrz, opiekun, przyjaciel, który prowadzi posłuchania, i to właśnie mistrz jest jak żywa księga, która udziela wskazówek. Klasztory kontemplacyjne i inne klasztory różnych wyznań, w których stawia się na rozpoznanie wewnętrzne, na pewno mają swoje sposoby rozpoznania stanów, w których człowiek może się znaleźć. I na pewno mają też opisy praktyk, zestawy pouczeń i wskazówek. Jogasutry wydają się po prostu najbardziej znane.

Jakie znaczenie dla praktyki Jaźni na wprost ma wyznanie, kultura i tradycja?

Ponieważ mówimy o praktyce wewnętrznej, to mają one znaczenie tylko na początku. Przecież każdy pochodzi z jakiejś tradycji i wiary, każdy się gdzieś urodził, każdy gdzieś został wychowany. I dlatego mamy do czynienia z różnymi praktykami, różnymi rodzajami pouczeń i różnymi tekstami. Są też różnice w zewnętrznych atrybutach, jak strój czy dekoracje.

Powiedzmy, że adept zen zasiada w zendo. I chociaż zazwyczaj sadzają go twarzą do ściany, to jest tam przecież jakiś wystrój, to miejsce jakoś wygląda. Adept klasztoru kartuzów funkcjonuje w innej tradycji i w związku z tym ogląda inne anturaże, inna jest treściowa zawartość przekazu. A w jodze adept jedzie na sesję, jest trochę hatha jogi, każą się w tę stronę wygiąć, potem w tamtą, potem jest jakieś śniadanie i okazuje się, że jest niejadalne, bo na stole ląduje kasza, której się wcześniej na oczy nie widziało, ale jemy; potem każą się oczyszczać, potem wykład, padają jakieś nazwy, potem kontemplacja… a wszystko na jakiejś podłodze, w jakimś stroju, w jakimś pokoju.

I już widać, że różnice w praktyce mogą przejawiać się tylko w tym, jak brzmią słowa, co jest na stole albo co wisi na ścianie, jednak w pewnym momencie to wszystko przestaje mieć znaczenie. A to dlatego, że w pewnym momencie praktyki wewnętrznej, praktyki Jaźni na wprost, doświadczenie i percepcja doświadczeń są takie same dla wszystkich.

Moment ten następuje, gdy przekraczamy osobowość, czyli umysł osobowy (w sanskrycie manas) i rozszerza nam się przytomne doświadczenie na stan umysłu nieosobowego (w sanskrycie buddhi). A potem, nawet już wychodząc ze skupienia, w pewnym sensie dalej pozostajemy w tym nieosobowym umyśle, tak jakby towarzyszył nam nowy stan, nowa głębia doświadczenia. I to już jest doświadczenie wspólne dla wszystkich rodzajów praktyk.

Czy ten nowy stan, buddhi, w ogóle da się opisać słowami? Jak tam jest?

Buddhi jest stanem z natury polifonicznym. W buddhi nie ma żadnych potocznie znanych form ani dogmatów. Buddhi nie zna barier umysłu osobowego. Podział na indywidualne formy czy umysły osobowe nawet nie ma jak w buddhi zafunkcjonować. W buddhi nie da rady stworzyć ściany, odróżnić czegoś jednego od czegoś drugiego, po prostu nie ma tam nic takiego. To, jak to jest ułożone, opracowaliśmy w tekście o tattwach. Każdy może tam zajrzeć i dostrzec, od którego momentu praktyki jest się w buddhi.

Co może się nam przytrafić dalej? Jakie inne stany opisują Jogasutry?

Na przykład zdarzają się wizje, coś, co się adeptowi przedstawia, po prostu jakieś formy (rupa) albo doznania. I to zazwyczaj zależy od tradycji, z której pochodzi adept.

Jogasutry mówią o tym językiem jogi. Adeptowi kartuzów zapewne pojawiłyby się wizje związane z tradycją katolicką, z tą symboliką lub wizerunkami. U hindusów te wizje mogą być związane z mistrzami albo z postacią Kriszny, bo oni tym akurat są od małego zaimpregnowani. Zresztą, jak miałoby się w ogóle praktykowi przedstawić coś, czego nie zna? Albo co to by było, gdyby nagle mu się zjawił… kret? No i co z tymi, którzy praktykują, ale nie w tradycji religijnej czy monastycznej? Z ludźmi jak Fossey, Spasski albo znany matematyk hinduski, Srinivasa Ramanujan? On nie praktykował jogi jako takiej, ale śmiało można powiedzieć, że praktykował Jaźń na wprost. Jemu pokazywała się bogini Namagiri, to znaczy on doświadczał jej obrazu, bo ją znał, to była ta postać boskości, której oddawało się cześć w jego rodzinie. I jemu akurat Namagiri „mówiła”, jak policzyć przysłowiową całkę do trzeciej potęgi. Proste! Coś „ubrało się” w taki: kształt, formę, postać (rupa), żeby on rozpoznał to „coś” jako swoje. Pytanie, w jakim stanie umysłu trzeba być, w jak głębokiej kontemplacji, żeby te rozwiązania w ogóle zobaczyć? No właśnie to jest poziom umysłu nieosobowego buddhi, owo niezróżnicowanie pozbawione form, i stamtąd przychodzi rozwiązanie, a dopiero w umyśle osobowym manas pojawiają się jakieś formy, które są dla nas rozpoznawalne i do przyjęcia.

W zen na przykład zjawia się pustka, bo w tej tradycji chce się „niczego”. U marksistów po śmierci wytwarza się dokładnie to samo, bo zdecydowani marksiści wierzą w „nic”, więc buddhi dla nich wytwarza to „nic”, wytwarza specjalnie i na zamówienie. Ci ludzie po śmierci spotykają się więc z wielką nicością, która – uwaga! – nie ma żadnego obiektywnego charakteru; ona tam jest jako produkt umysłu buddhi o formie czegoś chcianego i znanego. Natomiast dla umysłu osobowego manas takiego marksisty ma to charakter katatoniczny.

Z tego samego powodu, jeśli wierzymy w Krisznę, że jest to jedyny bóg osobowy na tej Ziemi, to rzeczywiście takiej wizji musimy doświadczyć. Jeśli wierzymy w marksistowską pustkę, nicość i otchłań, i nawet duch boży się nad nią nie unosi, to doświadczymy takiej właśnie pustki, nicości i otchłani. Klient nasz pan.

Każdy więc dostaje…

To, co sobie wyobraża!

I tego doświadcza! Chyba dobrze jest o tym wiedzieć, żeby się nie zdziwić?

Tak. Adepci zen, kiedy kontemplują pustkę, bardzo szybko jej doświadczają i dlatego się jej potem nie boją. Nie traktują jej jako nicości, nie-bytu, tylko jako rzecz. Zaczynają widzieć pustkę jako zunifikowany, niezróżnicowany stan umysłu nieosobowego buddhi.

Mówi się że tam, dokąd zen prowadzi, to jest dhyana, stopień niżej niż samadhi. Mówią o tym niektórzy mistrzowie zen i można tak to klasyfikować. Wygląda na to, że różne praktyki Jaźni na wprost i różne tradycje doprowadzają do różnych stopni.

W jodze to ustopniowanie doznań, uszeregowanie doświadczeń jest pomocne, bo można określić stopień, na którym się jest. Aż po samadhi, Kajwalię. Te „stopnie stanu” znane z Jogasutr po prostu odpowiadają różnym doznaniom, doświadczeniom wewnętrznym, i to niezależnie od rodzaju praktyki. Czyli może się komuś przytrafić bardzo endemiczna praktyka Jaźni na wprost, i ten ktoś odnajdzie w niej te same stopnie, które są opisane i nazwane w Jogasutrach.

Czy stopnie praktyki należy osiągać?

Założenie, że za 3 godziny i 6 minut będziemy mieli samadhi jest absurdalne. Nie, raczej to są stany, które mogą się nam przytrafić, a opisano je, żebyśmy wiedzieli, co się z nami dzieje. Żebyśmy mogli rozpoznać, gdzie się w praktyce znajdujemy.

Dlatego klasyczna joga indyjska z Jogasutrami w przekładzie dr Leona Cyborana jest bardzo dobrym przewodnikiem dla praktyków.

Dla nie-praktyków nie jest to przewodnik dobry, bo w tekście spotykamy się ze słownictwem, które w oryginale nawet dla Hindusów jest trudne. Nie myślmy, że tylko my tutaj, w Polsce, mamy trudność z czytaniem tego tekstu, a Hindusi nie, bo znają język. Nie. W języku polskim też można zapisać to tak, że nikt niczego nie zrozumie.

Jogasutry wielu osobom jawią się jako zwięzłe, gęste, trudne lub nieczytelne. Chwilami to się pojawia nawet jako zarzut. Co się wtedy dzieje?

Po pierwsze trzeba tym osobom przyznać rację. To jest prawda. I to jest najpiękniejszy, najjaśniejszy punkt ich wypowiedzi.

Po drugie, w lekturze należy być uporczywym. Po trzecie, nie trzeba ich wcale czytać od deski do deski. Po czwarte w ogóle można przestać je czytać, a w zamian skupić się na przykład na jednej jamie i uporczywie ją praktykować; na jednej jamie. A jak? Na przykład kiedy wybieramy jamę satya, prawda, to nie możemy się posiłkować czytaniem książek, jakichś rozważań, co dla kogo oznacza „prawda”, ani poznaniem tego, co o tym napisano. Możemy oczywiście na ten temat dyskutować z innymi, ale w praktyce nam to za bardzo nie pomoże. Ma za to znaczenie to, co dla nas, dla Mnie, prawda znaczy.

Czyli znowu to „Ja”?

Tak. Po niemiecku Ich.

I wtedy jesteśmy „na wprost”?

Tak. Bo kiedy to Mnie dotyczy, wtedy przestaję się posiłkować tym, co „ktoś” na ten temat powiedział czy napisał. Zaczynam wszystko odnosić do Siebie.

A co, kiedy nam się zapomni, że miało być uporczywie? Kiedy zapomnimy w ogóle? Kiedy miało być pięknie, a wychodzi „jak zwykle”?

Proponuję trochę nepotyzmu – bądźmy dobrzy sami dla Siebie. Ponieważ znamy siebie, to nie będziemy się ani ganić, ani przesadnie nagradzać. Nie przyjmiemy też zapomnienia, wpadki ani pomyłki jako porażki. Nie ma w tym niczego deprymującego.

Po prostu zauważmy to. Kiedy jesteśmy sami, świetnie wiemy, kiedy łżemy. Czasami trochę się wstydzimy, czasami przezornie nie patrzymy w lustro, żeby się coś aby nie okazało… Ale w sumie wiemy o tym, że kręcimy, i możemy oszukać cały świat, że jest inaczej, ale sami świetnie wiemy, że kręcimy. Czasami jedyną prawdą, jaką możemy o sobie powiedzieć, jest to, że kłamiemy. Ale jeśli każdego byśmy zawiadamiali, że kłamiemy, to byłby to sposób, żeby z kłamstwa zrobić praktykę prawdy (satya).

Czy z jamami można eksperymentować? Na przykład pozwolić sobie na to, że się nie udaje, i zmienić jamę?

Ja bym chciał, żeby praktycy bardzo poważnie potraktowali te jamy i nijamy, a także inne elementy praktyki, żeby je poważnie wzięli do Siebie, ale… bez patosu!

Jest oczywiste, że za chwilę, zaraz, nastąpi przekroczenie. Zapomnienie. Przekręcenie. Wszyscy mistrzowie jogi i wszyscy praktycy jogi mieli dokładnie to samo. Każdy i każda z nich wiele razy wyszli poza jakąś zasadę. Zapomnieli, zlekceważyli, skłamali. Żaden z mistrzów nie jest pomnikową postacią, któremu wpadki się nie zdarzają, kiedy tobie się zdarzają i to co piętnaście sekund. Błagam, żadnego „chyba coś ze mną nie w porządku, panie doktorze”.

Pewna forma testowania jest absolutnie niezbędna. Nazwijmy to obszarem testów nowej rakiety balistycznej. Nie wiemy, jak ona lata. Im bardziej się temu przyglądamy, tym bardziej ten lot jest zadziwiający. I z tego rodzi się bardzo ważna rzecz, bo praktyka Jaźni na wprost ma sens, kiedy coś z nami robi, jakoś nas zmienia, odgrzebuje nas z tysięcy identyfikacji, które nie są Nami. Któryśmy się opisali, a praktyka ma odwiązywać nas od tych identyfikacji. Na przykład jeśli jesteśmy kobietą, to wykorzystujemy ciało kobiety do tego, żeby żyć, a praktykując odczepiamy się tylko od tej identyfikacji. Jamy i nijamy mamy nam w tym tylko pomóc. Pomóc! To nie są rozkazy, nie jesteśmy w wojsku, jesteśmy ze Sobą.

Jak wybrać dobrą jamę lub nijamę do praktyki?

Jeśli nie zależy mi zupełnie na sprawach materialnych – wybieram nieposiadanie.

Czyli dobieramy to do siebie, swojego ja, do rysu charakteru?

Zdecydowanie tak. Jeśli ktoś uwielbia kobiety i nie może się obejść bez seksu, to raczej niech brahmaczarii nie wybiera. Po co nam porażki, stresy, po co nam nerwica?

Naturalnie pogodni niech wybierają zadowolenie (samtosa yama). Zadowolenie z tego, co jest. Zresztą, wielu ludzi bezwiednie praktykuje samtoszę, są oni tacy… zadowoleni bez przyczyny. Co inni potrafią im zresztą wyrzucać: „Co ty taki zawsze uśmiechnięty chodzisz?”. A oni dalej.

Przyglądajmy się temu i wybierajmy jamę dla nas najłatwiejszą. Z punktu widzenia praktyki nie ma znaczenia, która to będzie. Jeśli jedną z nich spróbujemy profesjonalnie wykonać, to efekty upowszechnią się automatycznie na wszystkie pozostałe. Dlatego praktykując, co jakiś czas patrzymy, jak się zmienia nasz stosunek do tych pozostałych jam i nijam. Możemy sobie wówczas jakąś inną potestować, a jeśli nie będzie wychodziło, to cofniemy się do tego, co szło, co już znamy.

Jamy i nijamy są konieczne w praktyce jogi, czy może niekonieczne?

Są konieczne, ponieważ w trakcie praktyki trzeba powściągnąć umysł osobowy (manas): osobowe ja, które uwielbia programy, wzorce i tabelki. To na niego zakładamy jarzmo i yoga to właśnie znaczy: jarzmo, również jarzmo końskie albo jarzmo dla wołu. Fałszywe koncepcje osobowego umysłu (manas) czymś ujarzmić trzeba. Dlaczego? Bo na przeciwnym biegunie niż joga jest tak zwana bhoga, czyli doznanie.

Można doznawać, joga nie zakazuje ani nie potępia doznania. Jednak pragnienia i doznania bez jarzma nie mają granic i postępują aż do rozpadu osobowości oraz ciała włącznie. Taki koniec, patrząc ponadwcieleniowo, nie generuje lepszego wcielenia. Następnym razem powtarza się to samo i tak bez granic, w nieskończoność. Chyba, że się jakoś ograniczymy.

Jama nie służy więc do ograniczania przyjemności. Jama ma mnie zmusić do osobistego stosunku do tego, co robię.

Ahimsa byłaby wówczas zmuszeniem mnie do nabrania osobistego stosunku względem wyrządzania krzywdy innym?

Innym i sobie. Sobie! Przede wszystkim sobie.

Ile razy siedzimy i za coś sami siebie karzemy? Jak długo wytrzymujemy coś, co nam jawnie nie służy? Jak wiele razy, tak zwanie podświadomie, przyznajemy, że „dobrze nam tak”, kiedy coś przykrego nas spotka?

A przecież nie zrobisz komuś czegoś, czego nie zrobisz sobie sam, sama! Tu chodzi o to, że nie ma granicy zewnątrz-wewnątrz. Nie ma granicy Mnie. Nie robię tego komuś, bo sam sobie bym tego nie zrobił, albo sama sobie bym tego nie zrobiła. I nie zrobię tego sobie, bo komuś „innemu” bym tego nie zrobił.

A jeśli jestem właścicielem psa, to aparigraha polegałaby na tym, że go nie posiadam jak przedmiot, tylko…

Jesteś jego opiekunką. Jesteście razem, ale nie posiadasz go. Tak, jak rzeczy nie posiadasz, tylko masz je pod opieką, bo masz sobie udowodnić, że umiesz zrobić z nimi coś sensownego.

Gospodaruję?

Tak. Tymi rzeczami gospodarujesz, w jakiejś mierze za nie odpowiadasz. Nie masz ich, ale i one nie mają ciebie, nie mogą nad tobą zapanować, one nie są twoim właścicielem. Tak rodzi się nieprzywiązanie. Albo robisz coś, bo tak jest pięknie, i kiedy to od ciebie zależy, to ma być pięknie. Ta energia na pewno wróci do ciebie. Mój mistrz mawiał, że przy-Jaźń kwitnie tam, gdzie nie mamy żadnego interesu, żeby ze sobą być. I ja też robię to w ten sposób, podstawowym motywem jest dla mnie przy-Jaźń, i nie musimy niczego o sobie wiedzieć.

Jacek Leśniewski
Agnieszka Becler
2019